Wyszukiwarka
EWA BARAŃSKA zmarła 26-06-2017

Z ogromnym smutkiem żegnamy wyjątkowego człowieka, świetną pisarkę, o przenikliwym racjonalnym umyśle, pełną dobroci i współczucia dla ludzi, wspomagającą innych, mimo własnej cięźkiej choroby, oddaną przyjaciółkę, kochającą matkę i uwielbianą babcię.

 

Rodzina i przyjaciele

Wizyt:
Dzisiaj 3Wszystkich: 12714

ARKTYCZNY CHŁÓD W ŚRODKU LATA

BLOG » ARKTYCZNY CHŁÓD W ŚRODKU LATA

2017-05-05 20:15

Jeżeli mówi się opuchliźnie, większość osób oczyma wyobraźni widzi jakiś wybrzuszony policzek od bolącego zęba, nabrzmiałe stopy po całonocnych tańcach, obrzęki pod oczami po większej libacji… Ale stwierdzenie, że jest się w całości spuchło, wywołamy tylko wesołość. Wszyscy dobrze wiedzą, że te tłuściochy, pyzy, baryły, kluchy spaślaki, pasibrzuchy, pulpety i pączki zwyczaj przekonują, że to zła przemiana materii albo coś w tym rodzaju, bo oni jedzą jak ptaszki (hi, hi, hi, tyle, ile same ważą). Krótko mówiąc, totalny obrzęk to synonim tuszy. Koniec, kropka, a nawet wykrzyknik. Nietrudno jest trafić na lekarzy, który podzielają takie zdanie.

Nazajutrz o świcie, już nieco oswojona z aparatem słuchowym, oczywiście na czczo wybrałam się do przychodni. Z natury jestem zmarzlakiem, ale wtedy, ledwie wyszłam z budynku, poczułam arktyczny chłód. Dodatkowo ugięły się pode mną nogi a wszystko wokół zawirowało. Żeby nie upaść uchwyciłam się najbliższego drzewa i… zaczęłam wymiotować. Nie należy do elegancji opisywanie treści wymiocin, ale wymiotowałam burą wodą z taką intensywnością, że omal się nie udusiłam. W sekundzie zrobiłam się mokra od potu. Pot spływał mi po plecach, nogach, między włosami, po twarzy… Rzecz jasna w tym momencie z klatki wyszedł sąsiad (z tych, co to rzuci okiem i już wszystko wie) i zawołał do mnie na całe gardło:

   - O! Sąsiadeczka z nocnych baletów wraca…!

Jezu, chyba nie jest ze mną tak źle, skoro w głowie mi łomocze, trzęsę się jak galareta, nogi mam jak z waty, pocę się jak mysz, rzygam jak kot a przy tym wyglądam na rozrywkową panienkę.

Chwilę postałam, doszłam do siebie i ruszyłam do przychodni.

Pechowo przyjmowała tylko pani doktor mająca mnie za urzędniczkę, której nie chce się siedzieć. Z jej miny nie wynikało, aby zmieniła zdanie, mimo to w miarę rzeczowo wyjaśniłam z czym przychodzę, wspomniałam nawet o wymiotach.

   - To czego się pani najadła? – spytała podejrzliwie.

   - Niczego, jestem na czczo.

   Dalej poszło według schematy: temperatura (36,1 st. C), RR (250/105 mm Hg), gardło (bez mian), serce bije...

   - Dlaczego nie bierze pani leków na spadek ciśnienia? Skończyły się?

   - Nie skończyły się i biorę je regularnie.

   - No to czego pani chce?

   - Czegoś na odwodnienie – jeszcze raz zademonstrowałam kilka dołków na goleni i dostałam receptę na furosemid.

Po wyjściu z gabinetu wstąpiłam do apteki, kupiłam tabletki i bez przygód wróciłam do domu. Spodziewałam się częstomoczu, ale nie diurezy gigantu. Co 15 góra 30 minut biegłam sikać. Całą kolejną dobę spędziłam w łazience. Fakt, poczułam ulgę, ale było mi coraz zimniej, jakby odwodnienie zaburzało bilans cieplny ciała. Paranoja. Za oknami upalne lato, ulica pełna roznegliżowanych ludzi, panie w sukienkach na ramiączkach, panowie w bermudach, maluchy w samych majtkach, tylko ja okutana w gruby szlafrok trzęsłam się z zimna. A musiałam się sprężać, gdyż po pobycie w szpitalu dostałam tylko cztery dni chorobowego.

  • Dodaj link do:
  • wykop-pl
  • facebook.com
 

Komentarze

Komentarz