Wyszukiwarka
EWA BARAŃSKA zmarła 26-06-2017

Z ogromnym smutkiem żegnamy wyjątkowego człowieka, świetną pisarkę, o przenikliwym racjonalnym umyśle, pełną dobroci i współczucia dla ludzi, wspomagającą innych, mimo własnej cięźkiej choroby, oddaną przyjaciółkę, kochającą matkę i uwielbianą babcię.

 

Rodzina i przyjaciele

Wizyt:
Dzisiaj 3Wszystkich: 12714

KIEDY Z CHOROBY MOŻNA SIĘ POŚMIAĆ

BLOG » KIEDY Z CHOROBY MOŻNA SIĘ POŚMIAĆ

2017-04-20 20:06

Co prawda głuchota bywa skutkiem ubocznym niewydolności nerek, ale jest to wiedza mało popularna. Aleksander Bruckner w wydanym w 1927 roku Słowniku etymologicznym języka polskiego" pisze, że słowa „głuchy” i „głupi” pochodzą z tego samego rdzenia. W przeszłości szydzenie z ludzi ułomnych było na porządku dziennym. Głupi i głusi byli niewyczerpaną kopalnią pomysłów dla dowcipnisiów i twórców skeczy.

Przykład rozmowy muzyka z akustykiem:  

- Co ty robisz? Głuchy jesteś?

- Sam jesteś głupi!

Do dzisiaj dla wielu ludzi osoba niedosłysząca należy do kategorii kulawych, rudych, jąkałów bądź piegowatych, jakby stworzonych do przedrzeźniania i obśmiewania. Zapewne jest to relikt czasów niezdrowej fascynacji niepełnosprawnością, kiedy w dobrym tonie było posiadanie dla rozrywki niewolników z chorobami psychicznymi lub wadami fizycznymi. Ale wróćmy do problemu nerek.

Rzecz jasna łatwiej jest trafić piątkę w totolotka, niż na lekarza, który diagnostycznie powiąże ucho z nerkami. A szkoda, gdyż mogli by pomóc Bóg wie ilu opuchniętym, umęczonym nadciśnieniem, dusznością i osłabieniem nieszczęśnikom borykającym się ze skutkami źle stawianych diagnoz.

Ponieważ ta historia dotknęła mnie osobiście, będę pisać w narracji pierwszoosobowej. Pracowałam wówczas w poważnym biurze poważnej instytucji zatrudniającej pracowników z wykształceniem minimum maturalnym, więc wydawać by się mogło, że tę kadrę cehuje przynajmniej podstawowa ogłada. Z tą świadomością na razie czekałam na powrót słuchu. Lecz nic z tego. Upływały kolejne godziny, a ja miałam wrażenie, że siedzę w dźwiękoszczelnym słoiku, poza którym bezszelestnie jak duchy chodzą ludzie i bezgłośnie poruszają ustami.

Mniej więcej o czternastej wstałam, poszłam do kierownika i powiedziałam, że nagle ogłuchłam, więc proszę na jutro o wolne, abym mogła pójść do laryngologa.

Rzecz jasna nie usłyszałam odpowiedzi szefa, ale dostrzegłam w jego oczach figlarne błyski, które wzięłam za omamy (wiadomo - trauma) i wróciłam do swojego pokoju. Chwilę później wszedł pan kierownik i położył przede mną polecenie służbowe - nazajutrz mam protokołować, a potem sporządzić resume ogólnopolskiego sympozjum poświęconego czemuś tam.

Jezu, zwariowałam, mam zwidy – pomyślałam, ale nie! Pan kierownik stał przed moim biurkiem w pełnej krasie, a z jego oczu aż tryskała radość ze spodziewanego ubawu z kategorii: wszedł garbaty do pokoju, śmiechom nie było końca.

Wlepiałam w niego zdumiony wzrok z nadzieją, że być może nie dosłyszał, co mu przed chwilą powiedziałam. Ale nie! Uśmiech wyrażający małpią złośliwość pozbawiał złudzeń. Postanowiłam popsuć facetowi dobry humor i dodatkowo udaremnić szansę na potrącenie mi premii.

Żeby do minimum ograniczyć rozmowy z uczestnikami sympozjum, weszłam na salę w ostatniej chwili, i...  z ulgą odkryłam, że wystarczy milczeć i z uśmiechem potakiwać lub kręcić głową, by jako tako funkcjonować w tłumie. Potem zagrałam vabank. Z porządku konferencji, listy zgłoszeń i prezentowanych tematów utworzyłam własną wersję protokołu oraz kontekstu podsumowania i zostawiłam kierownikowi do akceptacji. Niech się zgryźliwiec pomęczy z wytykaniem mi wad. Podejrzewam, że właśnie wtedy po raz pierwszy ujawniła się moja żyłka do pisarstwa. Podsumowanie wydrukowano w nakładzie 500 egzemplarzy i nikt nie wniósł żadnych uwag.

Nie zamierzałam więcej kłaść palców między drzwi, czyli eksperymentować z kolejnymi laryngologami z państwowej przychodni. Wraz z przyjaciółką poszłam do najznakomitszego specjalisty w mieście, a przy okazji ordynatora na właściwym oddziale największego szpitala. I to było to.

Następnego dnia rozpoczął się maraton diagnozowania. Już najprostsze badanie z brzęczącym kamertonem przykładanym w różnych miejscach głowy uświadomiły mi, że słyszę nie tylko uszami, natomiast audiometrem - że moja akustyka wewnętrzna działa bez zarzutu. Mimo natrętnego buczenia, dzwonienia, pisków, trzasków, tętnienia, świstów i warkotów (które niestety powróciły), doskonale rozpoznaję dźwiękowe impulsy aparatury medycznej, czyli mózg nie utracił zdolności „obsługi” zmysłu słuchu. Trudno opisać, jak rosła moja nadzieja na ucieczkę z tej przeklętej głucholandii. Nadzieję tę podsycało kilka kroplówek z dekstranu, które nieco przydusiły tę kakofonię w mojej głowie. Niestety, czas pokazał, że mogę słyszeć, tylko z pomocą protezy słuchowej. No cóż, dobre i to.

Na temat problemów z noszeniem aparatów wzmacniających słuch mogłabym napisać cały elaborat, lecz wracam do nerek, chociaż nadal z pozycji pacjentki oddziału laryngologicznego. Na sąsiednim łóżku leżała pani o sporej nadwadze, mimo to nie dostrzegam na niej żadnych wgłębień po gumkach, paskach bądź biustonoszach. Tymczasem moje ciało przypominało ciasto na makaron - po każdym nacisnięciu pozostawał dołek, który dość długo zanikał. Nawet na języku miałam poodbijane zęby… Kiedy powiedziałam o tym lekarzowi, ten bez zdziwienia stwierdził, że to przewodnienie, a jako że nie wynika ono z dysfunkcji uszu, więc powinnam z tym pójść do internisty.

I tak rozpoczął się kolejny epizod walki o właściwą diagnozę.

 

 

 

  • Dodaj link do:
  • wykop-pl
  • facebook.com
 

Komentarze

Komentarz